Rozdział III (w trakcie)



- Ile ty w ogóle masz lat?
Trudne pytania zadawała ta mała. Ale skoro już ją wpuściłem i się rozgościła i miłą miała twarz (taką lisią, trochę kokieteryjną), to postanowiłem trochę się nad tym zastanowić. Jerry tłumaczył mi, że to normalne, że się ma problem z datami, z samoświadomością i tak dalej, ale żeby nie wiedzieć, ile ma się lat? Nie potrafię tego nawet oszacować, a kiedy patrzę w dowód, to zaraz zapominam. No ale nie o tym tu teraz. Matylda chciała wiedzieć, jak bardzo mógłbym być jej bratem, czy tam ojcem w tym momencie (może nawet dziadkiem, nie wiem).
- Stary jestem – odpowiedziałem.
- Dwadzieścia lat masz?
- Pewnie tak.
- To mało.
- To dużo.
- Ja mam czternaście. To dopiero jest dużo.
Z matematyki chyba była tak samo dobra, jak z przedmiotów humanistycznych (albo ja nie do końca nadążałem za jej abstrakcyjnym tokiem myślenia). Może źle zrobiłem, ale zdjąłem jej z półki mocno zakurzoną, opasłą powieść Orzeszkowej i położyłem na biurku. Matylda popatrzyła coś krzywo, ale widać było, że jest zaparta w swoim postanowieniu. Zakradła się do książki (jakby ta ją miała zeżreć lub coś w tym rodzaju), pomacała trochę po okładce i westchnęła trwożnie. Nie wiem, za jakie grzechy chciała przez to przebrnąć, ale coś musiało być na rzeczy. Nie miałem jednak ochoty wyspowiadać mojej podopiecznej, więc oznajmiłem jej, że może czytać, ale tylko jak będę wracał z miasta (pracowałem to tu, to tam) i to też nie jakoś znowu późno, żeby nie wzbudzać niechcianych podejrzeń.
Matyldzia poszła do mojego prowizorycznego (prawie pustego doszczętnie, Jezu...) gabinetu i zajęła się swoją edukacją. Zdążyłem w tym czasie odbyć toaletę, sprawdziłem, czy nikt do mnie nie wysłał żadnego listu i ogólnie przebrnąłem przez kilka typowo porannych czynności. I tak sobie w spokoju chciałem dokończyć kawę, kiedy moja mała sąsiadka (może jednak nie taka mała, w końcu czternaście lat to nie byle co) przybiegła do mnie, usiadła na stołku i tak zaczęła do mnie mówić:
- Frank?
- Słucham.
- Siedzę sobie – zaczęła – a nade mną taka duża lampa, no nie? Taka stojąca. I podniosłam się szybko i grzmotnęłam w nią. Rozbiłam głową żarówkę i tak padłam na ziemię. Wszędzie jest szkło.
- Coś takiego…
- Dziwnie się czuję, ale w sumie już mnie nie boli.
- Poczekaj, próbujesz mi powiedzieć, że uderzyłaś bez sensu głową w moją lampę?
- No. Jak wstawałam.
Zdawało mi się, że śnię. Wszystko to było dla mnie jakimś absurdem, ale może ja się starzeję? Coraz rzadziej wychodzę do ludzi, ale Rysiek mi za to nie prawi kazań, nawet mnie w tym wspiera, żebym nie wychodził. Siada ze mną często na kanapie, wyjmuje jakieś cygaro, które w latach młodości dostał wprost spod spoconych ud Kubanek i mówi mi długo o tym, że do ludzi nie wypada się śpieszyć. Że w ogóle nie wypada do ludzi. Ale ja tego gadania już mam powoli dość, bo czuję, że mnie postarza. I Rysiek to bardzo często taki nieprzyjemny koleżka… aż mi się nie chce o nim mówić, bo on tylko siedzi i wypali raz na jakiś czas podobną mądrość, nad którą ja się później rozwodzę, a wcale nie powinienem, bo są na świecie ciekawsze rzeczy do roboty, jak na przykład zrozumienie tej lampy stojącej i tego jej dzisiejszego rozbicia, które wciąż wydawało mi się być jakimś żartem, lub nieporozumieniem.  
Otworzyłem drzwi gabinetu i – rzeczywiście- na podłodze leżało szkło, lampa w rozsypce. Brudne, gołe ściany patrzą na to wszystko znad miski rosołu i nie mogą dojść do konsensusu. Przypomniało mi się, że chyba powinienem się upewnić, czy Matyldzie nic nie jest. Zarzekała się, że wszystko gra, nawet parę razy stuknęła się w tę swoją kopułkę, żeby mi zademonstrować, że naprawdę nic jej nie ruszy.
              Poczułem, jak mną zaczyna szarpać strach, jakieś poczucie winy. Nie chciałem jej mieć na sumieniu. Coraz bardziej zaczynało mi doskwierać jej towarzystwo i chciałem zapaść się w sobie. Co by było, gdyby już się po tym zderzeniu nie podniosła…? Dziecko to zbyt duża odpowiedzialność, za łatwo może umrzeć, szczególnie w tym rzeczywistym świecie, w którym nie mógłbym jej przecież naprawić – co innego na kartach powieści. Tam mogłaby ginąć setki razy, przybrać formę galaretki i rozbryzgać po mapie przestworzy w jakimś intensywnym pachnidle, które wracałoby na żyzny grunt w postaci granatowego deszczu. Ale tutaj? Tutaj to strach nawet psa trzymać. Nawet siebie samego…
Kazałem Matyldzie wrócić do siebie. Zaproponowałem jej nawet, żeby wzięła sobie Nad Niemnem i zajęła się lekturą w domu, ale odmówiła mi. Była bardzo niepocieszona takim obrotem wydarzeń, mnie za to kamień spadł z serca, kiedy zamknąłem za nią drzwi. Podświadomie byłem pewny, że coś jest nie tak, ale zrzucone brzemię dawało mi tyle ulgi, że odgoniłem od siebie te szorstkie myśli i jeszcze raz przyznałem w duchu: jak dobrze nie mieć potomstwa. Jak dobrze zrezygnować ze swojego dalszego ciągu dla dobra siebie, ciebie i ogółu.
Tymczasem mój telefon rozdzwonił się w holu tym śmiertelnym, naglącym sygnałem, gotującym mi krew po dziś dzień, chociaż teraz słyszę Big Girls Don't Cry (muszę coś koniecznie zmienić w moim życiu).
- Pamiętasz swój początek? – usłyszałem głos Jerry’ego, tego nieokiełznanego dzika, tego co potrafi mi w najgorszym momencie przypomnieć o najgorszych momentach. On jest tym, który siada nocami na łóżku i ni stąd, ni zowąd zaczyna opowiadać o upokorzeniach. Czego to głupiego nie zrobiłem pięć lat, dwa miesiące i siedemnaście godzin temu. Masochistyczne popędy nakazują mi wtedy przeżywać wszystko po raz kolejny. Co za syf.
- Nie pamiętam. Oszczędź mi szczegółów.
- Obstawiałeś kiedyś z Pollo, że twój ojciec musiał wziąć matkę siłą. Notabene, wczoraj doszło do jakiejś awantury na obrzeżach tego fikcyjnego waszyngtońskiego miasteczka.
A ten znowu… zaś…
- To był zwyczajny ogród – powiedziałem, przewracając oczami. - Zwyczajny ogród, Jerry. Wiem, że to może ci się nie mieścić w głowie, ale takie bijatyki nie zawsze muszą się dziać na ubogich peryferiach miast. Czy tam w waszyngtońskich miasteczkach, mniejsza z tym…
Już mnie nawiedzało widmo nocy poślubnej mojej matki i ojca. Cholera, że też nie mogłem się zdobyć na coś milszego… Powinienem narzucić na siebie więcej obowiązków, żeby nie błądzić w  podobnych odmętach. Dotarło do mnie, że mój początek (wybaczcie mi ten termin, ale skoro Jerry tak to nazwał, to będę się tego trzymał, nie chcąc wymyślić czegoś jeszcze bardziej paskudnego) był w zasadzie zbliżony do reszty życia: nieporadny, nudnawy i bez fajerwerków.
- Niewiele brakowało, a musielibyśmy pochować Konrada na jakiś czas – ciągnął Jerry, nasłuchując uważnie, czy aby jego słowa nie wywarły na mnie jakiegoś wrażenia. Ale trzymałem się dość hardo: w końcu co mnie obchodzą sprzeczki podlotków? Ani z jednym, ani z drugim nie sympatyzuję. Mogliby się nawet zagryźć, a ja nic bym na to nie powiedział, bo mam to w dupie. - Powiem wprost, Frank: idź dzisiaj na wzgórza. Pollo znalazł ci jakąś pannę.
- Co? Pannę...? Nie powinienem.
- Uprzedzał, że tak zareagujesz. Zresztą, nietrudno się domyślić, od dawna unikasz kobiet jak ognia. I ja uważam, że to bardzo rozsądnie z twojej strony, ale Pollo kazał ci przekazać, żebyś nie wymyślał i że chuj ci w oko.
- Nie wymyślam. Ja naprawdę nie powinienem. Ludzie jakoś do mnie nie docierają. Nie potrafię spojrzeć na taką na przykład pannę i zobaczyć w niej istotę żyjącą. To wszystko jest dla mnie po prostu nierzeczywiste, nie umiem skupić się na tym, co do mnie mówią, bo mam wrażenie, że ich słowa nikną, zanim dotrą do moich uszu. Widzę później tylko na ich twarzach, że są mną rozczarowani. Pewnie wyglądam jak pajac i w dodatku buc. Proszę, darujcie mi tę farsę.
- O piętnastej przy wielkim dębie - dodał Jerry i rozłączył się.
Było mi wstyd. Zamknąłem drzwi na klucz i schowałem go w pojemniku na cukier, w szafce nad lodówką. Słońce zaczęło mnie razić: musiałem zasłonić rolety, by chronić oczy przed witaminą D. Rozebrałem się, wróciłem z powrotem do łóżka. Miałem ochotę uśpić całą Ziemię, zanucić jej najgłębszą z kołysanek, żeby żaden pocałunek nie był w stanie wydobyć jej z tych objęć. Było mi nagle tak okrutnie żal. Pieniędzy, które zostały przeznaczone na moje utrzymanie, matki, która musiała nocami wstawać i zajmować się mną, żebym nie łkał. Pedagogów, którzy odbywali ze mną długie rozmowy, chociaż nie byli mną w żadnym stopniu zainteresowani. Żal mi było mojego mieszkania, że musi mnie gościć - czułem się jak intruz. Życie przepływało mi przez palce, a nic nie mogłem na to poradzić; zakuty w kajdany, niezdolny do walki. Powoli zapadałem się w materac, chociaż gdzieś w środku moje ciało wyrywało się do biegu - skutecznie więziłem je i unieruchamiałem, pragnąc tylko sennego ukojenia, martwej ślepoty.
Ważyłem tonę. Chciałem nawet zadzwonić do ojca i spytać, czy nie mógł wypuścić tamtej nocy innego plemnika, najlepiej jakiegoś fałszywego, ale mi się przypomniało, że leży już dawno martwy w jakimś lesie pod warstwą ziemi. Dłonie powoli zarastały mi mchem. Ze zrezygnowaniem przechyliłem głowę w prawą stronę i napotkałem surowe oblicze białej ściany. Ona coś jakby mówiła do mnie. W podobnych ścianach zamknąłem Konrada. Zastanawiało mnie, jak on sobie z nimi radzi. Czy do niego też coś jakby mówią...?
Konrad nigdy nie zmrużył oka.
On był gdzieś w przerwie pomiędzy dwoma wagonami, każdym pędzącym w odwrotnym kierunku. Jako chyba najstarszy ze wszystkich, napędzał mój wstyd, ale też moją wrażliwość.

Komentarze