Rozdział I


Jerry radził, żeby wytłumaczyć położenie tego miejsca, był nawet na tyle uprzejmy, żeby podać swoją propozycję. Ucieszyliśmy się. No naprawdę: wszyscy śmiali się i dokazywali. O ile mnie pamięć nie myli, siedzieliśmy  wtedy w sali kinowej oglądając Diunę w reżyserii Alejandro Jodorowsky’ego. Było prawie pusto, Jerry usiadł rząd za nami i gapił się w sposób nieokreślony. Zrobiło mi się strasznie, aż prawie wybuchnąłem płaczem. Ale Jerry jedynie nachylił się i wyszeptał:
                - Powiesz, że to działo się na obrzeżach fikcyjnego waszyngtońskiego miasteczka, zmechanizowanego w bardzo niewielkim stopniu. Co niektórzy rolnicy nadal miłowali się w trójpolówkach. Zboża jare zieleniły się, deszcz padał rzadko, a mieszkańcy żyli z samej chęci do życia.
                Popatrzyłem po innych. Nie byłem do końca przekonany.
                - Rysiek– zwróciłem się do mojego dobrego przyjaciela – a jak ty się na to zapatrujesz?
                Barbarossa zwilżył oczy, przeciągle mrugając. Z największym wysiłkiem przekręcił lekko swoją wielką postać (a to dlatego, że był jak ten tajemniczy jegomość z  krakowskich Plantów, który latem i zimą tę samą miał zbroję z grubych koców, kołder, swetrów i prześcieradeł – a dlaczego tak, to nie wiem, bo się bałem spytać) i spojrzał na mnie wzrokiem mętnym, jakbym go czymś zawiódł srodze, albo uszkodził dumę jego matki. Chciałem cofnąć pytanie, lecz było już za późno:
                - Ona nie jest głupia. Ona wyjechałaby gdzieś daleko i żaden by się nie domyślił, co to za świat.
                Na co Pollo, niecierpliwie:
                - Pamiętajcie o przestrzeni, a nie pierdolicie trzy po trzy i nic się dupy nie trzyma. Tu chodzi o to, żeby jej nozdrzami jednocześnie woda i wiatr wbijały się na gwałt, żeby nie mogła baobabu od małej jabłonki rozmiarem odróżnić. Żeby krzyk tuż przy jej ustach był głuchy i siny, a w pełnej gamie wybuchał kilometr dalej w leśnym gąszczu, na granicy nieba i ziemi. Wy, kurwa, idioci. – Przeczesał  agresywnie włosy i zaczepił brata. – A ty, hmm? Ty nigdy nic nie mówisz, ale jak coś z nią związane jest, to już wybitnie ty nic nie mówisz wtedy. –  Pokręcił głową i na powrót zanurzył całą swoją uwagę w świecącym ekranie.
                Tymczasem Konrad spuścił długie rzęsy na sparzone rumieńcem policzki. W takich chwilach w ogóle zapominałem, że są bliźniętami, chociaż w świetle dnia nie dało się ich rozróżnić, póki się nie odezwał który. Kondzio taki był, jakby w nim sama Eros okrywała się purpurą przed lustrem. Jerry mi kiedyś powiedział, że on ma głowę w małych, żółtych kwiatach i motylach – do dzisiaj nie wiem, co to oznacza.
                Próbowali mi jeszcze coś uświadomić, ale przyznam, że jej widok był dla mnie zbyt miły, ażeby zwracać jeszcze uwagę na cokolwiek innego. Zatopiłem się w nim ostatecznie, już nawet nie pamiętam tego filmu, cośmy go zaczęli oglądać (próbowałem go później wyszukać, ale na próżno). Siedziałem wyprostowany i nieruchomy na fotelu. Wydawało mi się, albo z głośników w Sali trysnęło Parade Susumu Hirasawa (cóż za dziwny zbieg…), ale żadne drzwi się nie otworzyły, żadne ciała nie zalały rzędów. Było cicho i spokojnie, zerknąłem w swój papciasty mózg i już  widziałem błysk jej bystrych oczu.
Salome wlokła się po kuriozalnej przestrzeni traw, gałęzi i sianokosów. Chwiała się na swoich pulchnych, bladych nóżkach chodem niedojrzałej gąski (a przecież miała już te dwadzieścia lat!), na przemian zapominała i przypominała sobie drogę. Dążyła do starcia z czarnym lasem, tylko ona tak mogła chcieć stanąć z nim twarzą w twarz (ach, Adonai, te pomarańczowe kobiety, które są wódką i śniegiem...) Była sama i to w pustyni jakichś mar, duchów buszujących w zbożu i w podziemiach. A wszędzie igrały jakieś niezmierzone pokłady energii. W każdym źdźble trawy słychać było wycie prądu. Ziemia drżała od mocy, co kilka sekund jaśniejąc w wyładowaniach.
                Kroczyła jednocześnie niczym matrona, jakby omijała wystawne stoły i galerie, a jedynym, co miała w głowie, było ażeby pożreć najczerwieńszą wiśnię w tym lokalu. Głową kręciła sposobem dziecka nieświadomie ogarnianego jakąś głęboką muzyką, której ani nie rozumiało, ani nie starało się zrozumieć, a której jedyną możliwością zaistnienia były właśnie te jego mimowolne ruchy.
                Jerry radził, żeby trochę ją przedstawić, zanim się zabiorę za opisywanie. Ale co ja mogę powiedzieć o niej? To moja najlepsza postać, najczulsza, najmocniejsza. Tak czuję, jakby była moim jedynym dzieckiem. Ile bym dał, żeby była moją najprawdziwszą Galateą… Salome to z wierzchu lalka, ale jeśli zstąpić do głębin – ona jest lawą malowana. Wpadłem na nią bodaj te piętnaście lat temu, kiedy huśtała się w ciszy na skrzypiących sprzętach osiedlowego placu zabaw. Od razu podchwyciłem jej rytm. Nie musiała leżeć na trawie, czytać kolorowych magazynów, opalać się w kroplach rosy, żeby od razu zapaść się w mojej pamięci najtkliwszą obsesją. Miała pucułowate policzki, rude do bólu włoski i oczy, których koloru żadnego mędrca oko ni szkiełko nie jest w stanie ani oddać, ani potwierdzić.
                Ja już wtedy wiedziałem, że ona będzie miała jakiś związek z moim zniszczeniem. Ja już to czułem, kiedy na mnie łypała spod wielkiej, wełnianej czapki z pomponem. I od razu zamarzyłem, żeby ją osadzić w najgłębszych planach, że z nią musi się wiązać najlepsza fabuła.
                Salome to jest moja przyjaciółka z lat dziecięcych, muza mojej niedoli. Jerry o niej sądzi, że jest zbyt wyśpiewana, że takie kobiety nie kroczą po ziemi, że moda na femme fatale i lalki już minęła, a ze mnie stary dureń i fatalista. Uważa Sali za naciągarę, sprzedajną piczkę z galerii, która rozdałaby się za trzy Marsy. Pospolita żmija – mówi Jerry – a kształty ma zdziczałe i przygrube. Zdziel ją po twarzy, to się może pozbędzie tego wymiętego wejrzenia.
                - Kiedy ja ubóstwiam te uśpione oczy – łkałem wieczorami w poduszki, topiąc się w smutkach i śluzie z nosa. – Ty nic nie rozumiesz, bo nie widziałeś, jak rośnie. Nie widziałeś, że te wąskie kostki dziesięć lat temu wyglądały niemniej czarująco. Żaden kwiat nigdy tak nie kwitł, jak ona! Ty łobuzie ty, ty mendo, menelu…
                Coś jakby mnie zabolała głowa, ale to nie jest ważne. Salome odrzuciła do tyłu ręce, jej dekolt zamigotał w neonowym świetle drzew i nagle pozbyła się grawitacji. Odchylona, z rozmarzonym uśmiechem na ustach, płynęła w powietrzu. Tempo czasu zatrzymało się prawie. Grzmoty rwały jej nerwy, błyskawice pobudzały strumienie żył do połyskiwania pod skórą. Czarny las stał się ogniskiem wszystkich drących się kolorów, od granatów, po niebieskie, błękity, fiolety, róże, biele. Prąd kopał, skwierczał, bzyczał, nawet powietrze okrywał inną materią, elektryzował każdą kroplę krwi, że naraz Salome stała się wibrującymi kawałkami mięsa, skóry, paznokci i włosów, które paliły się nieskrępowanym ogniem.
                Malutka trwała w marchewkowym transie, nie zważając na popioły, które zasypywały powoli jej ciało i wszystko wokół. Konary drzew gięły się pod siłą elektryczności, niektóre rozlewały się po ziemi w fosforyzującej magmie. Najmniejsze przełamanie gałęzi odbijało się echem w postaci potężnych grzmotów i uderzeń, podczas gdy niebo było zupełnie czyste, niemal senne.
                - Jerry! Jerry, popatrz, jaka ona jest przepiękna!
                - Wygląda jak dietetyczna wersja bańki-wstańki z pokracznie zadartym nosem. Nie sądzisz, że jest zbyt pospolita? 
                - Nie pojmujesz? Taki nos to oznaka ciekawości świata. On zbiera w koreczek jej malutką twarz i on jest jak zapiski Mickiewicza na brudnych kartkach, w starym kajeciku…
                - Mickiewicz? Ten tkliwy pesymista, który się parał przerostem formy nad treścią? Ten zadufany w sobie wariat, który całe życie nawet palcem nie kiwnął?
                - Mickiewicz, Mickiewicz, tfu, nie o nim tutaj teraz.
                Drażnił już mnie nieznośnie ten Jerry. Po co ja go właściwie zaprosiłem? Ilekroć się pojawiał, tylekroć moje piękne wizje legły w gruzach. A przecież, darujcie, ja jestem pisarzem…! Mnie się należy spokój od wszelkich zobowiązań, mnie się należy poncz… Chciałbym kiedyś zdołać uchwycić Sali w jej naturalnym środowisku. Tak nie wprost, nie z pretensją. Ale żebyście i wy ją odczuli, żebyście się nie krępowali zaprosić ją na piwo, czy zażartować przy niej o Żydach, czy o czarnych. Salome tak patrzy, jakby sama od wieków znosiła ciężar prześladowań, stygmatów, ostracyzmu i tortur odbywanych na czarownicach. Ona czasem uchyla się od odpowiedzi w taki sposób, jakby te wszystkie krzyki bólu połknęła i zakleszczyła pod czaszką, a dla publiki trzymała jedynie uśmiech perłowych zębów.
                - Frank – odezwał się nagle Pollo, a było to dla mnie, jakby mi mucha latała nad uchem tuż przed zaśnięciem – daj spokój, bo pomyślą, że zwariowałeś. Niezdrowo taką intensywnością wchodzić w duszę kobiecą, tym bardziej w jej sukienkę. Opanujże się, człowieku. Mnie to już osobiście nudzi, powiem ci szczerze. Ty nie traktujesz jej jak człowieka. Ty już nie pamiętasz, na czym polega właściwa emancypacja kobiet. Dla ciebie to ciągle jest metafizyczny twór, dla ciebie to wciąż anioł. Zrzygam się, przysięgam. Zaleję was wszystkich tym farszem boleści, który mi gotujesz od lat.
                Pollo to prawie jak polio. To wystarczy, tytułem komentarza. Ten młody awanturnik nie od dzisiaj psuje mi krew, ale muszę przyznać, że niekiedy warto go słuchać. Ma świeże wejrzenie w niektóre sprawy. Raz go za karę posiałem gdzieś pomiędzy Jowisz, a Saturn, żeby zobaczyć, jak zdycha, ale on zdołał tak mi zawrócić w głowie, że go szybko ochrzciłem Królewiczem Wszechświata. Tak samo, jak w dniach, kiedy kipiałem z rozpaczy nad tym, jaka Salome jest niedostępna dla mnie, śmiertelnika – Pollo wchodził wtedy zamaszystym krokiem Młodości do wnętrza mojej kanciapy i zwracał mi uwagę na to, że ona też przecież sra. Ona też musi śmierdzieć, ona też zarasta włosami i w dodatku ma, jak wszystkie kobiety, miesiączkę na przykład – ale nie przewidział złoty smyk, że mnie to może tylko jeszcze mocniej uwydatnić lubą postać Sali i w słodkich smakach się rozkochać tym mocniej, im pod większą lupą będę rozpatrywać jej przywary.
                Ciężkie jest życie.
                Później już ten obraz lasu, polany, całego tego wiejskiego krajobrazu, rozmył się i przepadł. Siedzieliśmy wszyscy w ciszy przed ekranem, nikt nawet słówka nie wypuścił. Czułem, że zawiodłem. Niepewnie zerkałem na swoich towarzyszy. Ryśka twarzy jak zwykle nie widziałem – on to dopiero był specyficzny gość. Zdołałem z niego wydobyć jedynie tyle, że powinienem był bardziej trzymać się faktów i rzeczywistości, że moja passa oniryzmu na poziomie już się skończyła, ale że piękny to był pomysł z tą elektrycznością. Podziękowałem mu i miałem jeszcze coś dorzucić, ale wyszedł. Widziałem jedynie, jak z trudem przeciska się przez barierki i ginie gdzieś w mroku wyjścia awaryjnego - on już tak został skonstruowany. Często wychodził, sporadycznie pojawiał się na grupowych schadzkach, chyba że spotkanie dotyczyło stricte Salome (wszyscy do niej mieli większą, lub mniejszą słabość). 
                Chciałem wstać, ale coś kazało mi pozostać na miejscu (może Jerry?). Pollo po całym seansie przeciągnął się, wyprostował muskularne ramiona i westchnął na całą salę kinową, aż się dziwiłem, że go nikt nie ofukał. Nagle wyobraziłem sobie, jak on i Salome mają się ku sobie. Jak ona by na to zareagowała? A on? Jak?
                - Pokażę ci coś – powiedział młodziak, a mnie już zupełnie opuściły siły.
                Zdawało mi się, że mnie wciągają jakieś natrętne fale w głębię oceanu. No ale trudno: siedziałem nadal w sali kinowej, chociaż to może było już dekady później, może już jako starzec w podeszłym wieku patrzyłem, patrzyłem, co się będzie działo.
                Pollo ubrał mnie w ciepłą kurtkę i powiedział, że oto jest miasteczko, w którym zupełnie nic się nie dzieje. Zgodziłem się. Oto jest miasteczko, które żyje tylko sprzeczkami pomiędzy kasjerem, a klientem w Żabce. Cóż miałem zrobić? Zgodziłem się… W podstarzałych głośnikach tliły się tak stęchłe kawałki disco-polo, że niektórym nawet wstyd było kupować w tym sklepie jogurt. Codziennie o tej samej porze do środka wchodził jakiś tłustawy mężczyzna. Rzucał na blat rękawiczkę, wokoło ostre spojrzenia, aż w końcu magnetyzował kasjera (bądź kasjerkę) i tak im mówił:
                - Panie – a w tym momencie zbiegali się wszyscy sąsiedzi i klienci i cała czeladź nasłuchiwała w największym skupieniu – ty to jesteś dziurawym jabłkiem, co cię trzeba zaklejać naklejką, żeby na ciebie ktokolwiek spojrzał. - Pospólstwo drżało, spijając z ust fatyganta każde słowo. – Jesteś pan marcepanowym Merci, którego nikt nie lubi, śliwkową bombonierą obok Ferrero Rocher. Jak na pana patrzę, to mi się pan kojarzy z urwanym klawiszem w laptopie, pan jest jak Rzecki przy Wokulskim, panie, jak żul w żurnalu. Pan jest tą promocją limitowaną, na którą nikt nigdy nie może zdążyć, pan nie wyjmujesz łyżeczki przy piciu herbaty, pan jest jak śledź, którego każą zjeść z budyniem. I po ostatnie: pan jesteś wypukły pępek, którego nikt nie chce mieć.
                To powiedziawszy, zamachnął się peleryną, a zewsząd słychać było jedynie szum oddawanego moczu. I tym gagatkiem okazał się być nie kto inny, jak Pollo, a za kasą stała – nie inaczej – moja słodka, wrosła w ziemię Salome. Patrzyła ogromnymi oczami, niczego nie pojmowała, a jej malutkie, czerwone usteczka rozwarły się w kształcie malutkiego o.
                - Ale…
                - Nie dopuszczam sprzeciwów!
                - Podejdź no tu, ty chamie…
                - Ani myślę!
                Sali drgnęła jakby, a jej facjatę przebiegły fale wzniosłości i gniewu, spurpurowiały jej od tego uszy i mała bródka zadrżała w chęci odwetu. Zamknęła kasę mocnym trzaskiem, gotowa do biegu. Pollo jednak dalej swoje, świdrując ją spojrzeniem zuchwałym i buńczucznym.
                - Jedyne, co mi teraz świta, to że jesteś jak ten jeden, najohydniejszy pomidorek w idealnym zestawie, przez którego nikt go nie kupuje, nawet w promocji. I niech mnie piorun trzaśnie, jeśli nie namieszałaś staremu w głowie tylko z powodu swojego biustu, który kształtem i zawartością nie zalicza się nawet do ogólnie przyjętych norm dobrego smaku – mówił i mówił, starając się zachować zimne wejrzenie, jednak (jak to zwykle bywa przy ich rozmaitych konfrontacjach) postawa mu systematycznie topniała, a głowę obejmował huragan gorąca. Na próżno ubierał ją w coraz to bardziej wytarte, żałosne i tanie koszulki: ona nadal emanowała jakąś pozaświatową elegancją.
                          I ja wiedziałem, że on to czuje. Mina mu mizerniała, widziałem, jak naprężył się. Szalona psychomachia działa się w jego głowie, a ten - bezwładny - próbował zachować rezon, nie poddać się jej magnetyzującej pozie. Przełknął ślinę raz, drugi, strzepnął z płaszcza jakieś niewidzialne paproszki. 
                - Pollo, ja myślę, że ty powinieneś odpocząć – odparła beznamiętnie Salome, nareszcie odzyskując należną jej władzę – i dać spokój Frankowi. - Stanęła przed nim pewnie i bez zmrużenia powiek, chwytając w locie gorące powietrze buchające z jego rozpalonych ust. Obserwowałem, jak ich oczy (jego: orzechowe i zwęglone, jej: enigmatyczne i rozmyte jak tafla jeziora) poruszają się ni to w bitwie, ni w tańcu, a jedno próbuje pochłonąć drugie. - Niech się daddy spokojnie zgubi w swoim Słonecznym Patrolu. Zauważyłeś chyba, że on tego potrzebuje. Po ostatnich sukcesach wszyscy wymagają od niego magnum opus, a on chce jedynie sobie pofantazjować…
                - Ja już mam dość tych fantazji o tobie, Sali! - krzyknął wściekle Pollo, zrywając nić porozumienia. Coś nowego pojawiło się w charakterze jego zaciśniętych pięści: jestem za mały, żeby to teraz zrozumieć, ale to było jakby sznur pożądania. - Jesteś wszędzie, absolutnie wszędzie. Gdzie się nie obrócę, widzę twoją przeszywającą twarz. Zaczynam się bać, że jesteś obłędem nie tylko jego, ale i moim – tym razem mówił tak cicho, że prawie go nie słyszałem. – Tak cię nienawidzę za to, że go wyrwałaś przemocą z młodości. Z jego szczeniackich marzeń, z tego złotego czasu, w którym był gotowy góry przenosić, zdobywać fortuny, a kobiety chciały się z nim pierdolić w dzień i w nocy, bo był uosobieniem silnej woli, twardej ręki, stalowego spojrzenia! Gięły się pod nim jak węże w hipnozie. Aż pojawiłaś się ty, wynurzyłaś z dna jak topielec i obróciłaś wszystko w pył. On chce ci już tylko służyć. Obojętnie, jak wielkich dzieł nie tworzy, nic już nie czuje, poza tą miłością chorą i maniakalną, poza tą tęsknotą, która go podobno jako jedyna napędza go do działania. A niechaj i napędza! Chuj! Niechby i zszedł bez niej do samego piekła, kurwa jego mać, bylebyś się tam znalazła razem z nim, żmijo jedna ty! Ty ladaco, wszetecznico, różo zdradziecka! Opoko lichych złodziei, komunistów, tandeciarzy, kiczu ty chodzący! 
                          Mocne słowa, a jednak tak wypływały z jego ust, jakby nie były z nimi nawet dalekim powinowactwem złączone. Recytował zarzuty jak android, nie szczędząc przy tym bogatej gestykulacji, ale jego oczy opowiadały zupełnie inną historię. I Salome, pod jej wpływem, wygięła usta w półuśmiechu, a jej serce ciut szybciej zabiło, niż zwykle
                   - Jesteś zazdrosny, bo przestał fantazjować o tobie.
                - Uspokójcie się oboje, proszę was... - Przyznam, że pękała mi głowa od tej zawieruchy. Zaczynałem się niecierpliwić. – Skończcie już może, co? Jestem zmęczony…
                - Pozwalasz, żeby tak się do mnie zwracał ten gówniarz?
                - Ależ skąd, nie pozwalam.
                - Pozwalasz, żeby ona tak się panoszyła? Kiedy ona tu jest, brakuje miejsca na racjonalizm. A że racjonalny jestem tylko ja i Barbarossa, a on prędzej zniknie, niż na nią powie złe słowo, to pozwolisz, że ja będę tutaj dbał o ramy ładu. Witalność i krzepa pozwoliłyby mi usadzić tę tutaj wcześniej wspomnianą wszetecznicę na odpowiednim dla niej miejscu. – Patrzył przy tym na nią jak na niereformowalną bestię, którą przed rozerwaniem mu tętnicy powstrzymuje jedynie ciężki łańcuch (w postaci, o czym nie wiedział, mojej dobrej woli). Ale jednocześnie, oj, dzieci: słowa zostały wypowiedziane. Ja, jako autor, doskonale zdawałem sobie sprawę, co oznacza chęć usadzenia Salome na odpowiednim miejscu. Ścięgna Polla wyrywały się do chwycenia jej wpół, ale nie dałem mu na to pozwolenia. 
                Zapadła cisza. Zwróciłem się ku mojej najdroższej Marii Magdalenie, która zdążyła już sprzedać mi trzy paczki Marlboro i teraz trzymała w palcach świeżutki paragon. Kupiłem to i ledwo się spostrzegłem, już kroczyłem obok niej przez skąpaną w zachodzie słońca łąkę. Czułem jej małą dłoń w swojej. I nie znałem wtedy nikogo, komu mógłbym zazdrościć. Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć. Co przydarzyło się złego, zapomniałem. Nie wstydziłem się myśleć, że byłem kim jestem. Nie czułem w ciele żadnego bólu*. A Salomea szła obok mnie, jej włosy żyły własnym życiem, niby macki ośmiornicy zanurzone w odmętach morza. Nie mówiła nic, jej okrąglutka buzia nie traciła z horyzontu pulsującego lasu, który trzaskał, łamał się i dopalał pod egidą zwarć i Zeusowych prychnięć. Czułem bezwład w członkach. Byłem wdzięczny, że Pollo nie miał tu teraz wstępu. Ani żaden z nich.
                Sali zatrzymała się i spytała:
                - Jest coś, co mogę dla ciebie zrobić?
                Nie musiałem, nie śmiałem o nic prosić. Usłyszałem Manu Chao – Je ne t’aime plus, zrobiło się bardziej kameralnie. Salome nie spuszczała ze mnie wzroku, jej sukienka jaśniała w spazmach neonowych świateł gdzieś hen, za nami. Zdjęła ją z ramion, uwalniając piersi. Z uwagą ścisnęła jeden z sutków, przybliżając go do swoich ust, a następnie zaczęła nieśpiesznie ssać. Stała się swoim własnym owocem życia, a ja patrzyłem tylko jak zaczarowany, na tym skraju jawy i snu, uwiedziony jej dorosłym wejrzeniem niewinności. Przecież doskonale wiem, jaka ona potrafi być obrzydliwa… Przecież doskonale wiem, ile w niej jadu, kłamstwa, wyrachowania. Czyściej byłoby niekiedy pieścić świnię, niż ją.
                Mimo wszystko była nie do podrobienia. Kołysała się spokojnie, tak samo jak te czterdzieści lat temu, kiedy poszliśmy na nasz pierwszy bal. Dochodziła piąta, na parkiecie zostaliśmy tylko my, nie licząc śpiącego kolegi. Z trudem próbowała nie zasnąć mi na ramieniu, ja nadal przy wargach trzymałem jej dłoń, czułem kosmiczną woń rozwianych włosów. A Je ne t’aime plus, mon amour tylko wzmacniało naszą nieopisaną więź, naszą wewnętrzną Arkadię.
                Rozkoszowałem się widokiem tego doskonałego perpetuum mobile, zawsze młodej, zawsze pięknej, zawsze rześkiej. Moim największym marzeniem było, żeby i mną się tak zajęła; żeby była i moją matką w tym ciężkim, ciężkim życiu. Ale nie śmiałem, nie musiałem o nic prosić.  



*fragment wiersza Czesława Miłosza, pt. Dar

Komentarze

Popularne posty