Rozdział II
Konrad i Pollo
siedzieli razem w czerwonym pontonie pośrodku niewielkiego, sztucznego
jeziorka. Była noc. Jedna z tych letnich, w których dużo się śni. Oboje
trzymali po wiośle i wiosłowali sobie – każdy w swoją stronę. Efekt był tego
taki, że od paru godzin nic, tylko kręcili się w kółko.
Woda śmierdziała, jakby tam zdechło
jakieś dzikie zwierzę rozjechane na autostradzie. Konsystencję miała lepką,
gęstą i nieprzyjemną. Ponton niekiedy sunął po warstwie mułu, to znów jakby
wybijał się na większą głębokość. Plastikowe kaczki i łabędzie unosiły się
drętwo, zatrzymane przez brzeg. Płaczące wierzby spuszczały w wodę pęki swoich
długich warkoczy i wszystko ogólnie wyglądało dość żałośnie. Było ciemno i
wilgotno w powietrzu, bardzo możliwe, że w pobliskim lesie szalały jakieś
pioruny, ale tutaj nikt ich nie widział.
- Kręci mi się w głowie – mruknął
cicho Konrad, przerywając operację wiosłem. – Wolałbym już stąd wyjść.
Pollo nie zwracał uwagi na jego
prośby. Istotnie, przerwał wiosłowanie, ale ani myślał wychodzić z wody.
Zacisnął usta i utopił wzrok w swoim bracie. Myślał o tym jego łagodnym, sarnim
spojrzeniu, o gładkiej cerze i różowych ustach, tak rzadko poruszanych.
Zdarzało się, że miał wątpliwości, czy ta mimoza w ogóle cokolwiek czuje,
oprócz speszenia i bezsilności. Był taki beznamiętny; trzymał te wiosło, jakby
stanowiło ostatni ratunek przed złem tego (i tamtego) świata. Ramiona jego były
tak zamknięte, jakby próbowały go w sobie schować, lub dźwigały jakiś
niewyobrażalny ciężar nieboskłonu. Cóż to za stwór? Kto tchnął życie w tygrysa
i w Konrada, może nawet w tym samym czasie? Musiał mieć dużo humoru ten demiurg.
Ironia jednak steruje światem, ironia …
Księżyc
oświetlał ich twarze w dość upośledzony sposób. Zniekształcał rysy tak, że aż
stawały się zwierzęce, pełne furii, chociaż przecież z wierzchu takie spokojne.
W krzakach coś się poruszyło. Może jeleń, może dzik, może ślimak, może miś. W
Pollo odezwał się za to zew jakiegoś palącego poczucia niesprawiedliwości. Nie
czuł w najmniejszym stopniu, żeby jego brat zasługiwał na życie. Jerry często
powtarzał przecież, że przy kalekach cywilizacja runie. A czymże jest ta
latorośl Konrad, jeśli nie kaleką? Jeśli nie najsłabszym ogniwem? I te jego
rzewne wejrzenie, te zmydlone oczy, te niewieście rzęsy, długie palce u rąk,
które nawet nie znają pracy.
- Jesteś jak pijawka, która błaga o
zmiażdżenie, bo tylko tak może doznać kontaktu z czymkolwiek wyższym, wiesz? – wychrypiał
Pollo, sunąc wzrokiem po wątłych rękach brata, które pod wpływem lekkiego
wiatru obsypywała gęsia skórka. – Jesteś odrażający.
Konrad zmarszczył brwi, a na jego
twarz opadł cień.
- Dlaczego tak mówisz?
- Jerry ma rację. – Pollo wyprostował
się energicznie, a woda zafalowała. - Spójrz na siebie. Nie przynosisz nam
kompletnie nic. Wleczesz się tylko po tych samych miejscach, po których my
stąpamy z należytą pewnością, co niektórzy nawet z nonszalancją. Ale ty
najchętniej chyba byś wylizywał bruk, bo do niczego innego nie używasz języka.
Kroczysz za nami jak cień, bojąc się samego siebie i naprawdę nie wiem,
dlaczego Frank cię jeszcze toleruje. Cuchniesz szczynami, Konradzie. Masz
przezroczystą skórę. Jesteś niebieski.
Szarpnął brata za kołnierz i
przysunął jego twarz do swojej. Nieznośne, że są tacy podobni do siebie.
Obleśne, że można ich nawet ze sobą pomylić przypadkiem – okrutny mezalians,
który często spędzał Pollo sen z powiek. Teraz miał wreszcie tę pozytywkę
nieszczęść pod palcami, mógł mu nawet wydłubać oczy. I był niemal pewien, że Konrad nie zaprotestowałby przeciwko takiemu okrucieństwu.
Usta
Pollo rozszerzyły się w niewesołym uśmiechu. Odepchnął brata z powrotem w kąt i wyskoczył
z pontonu, stając po kolana w letnim mule (woda nie sięgała trzydziestu
centymetrów). Spojrzał w górę, przypomniał sobie jakąś starą piosenkę, której
świeciły gwiazdy i pachniała ziemia, skrzypiały drzwi ogrodu i krok ledwo
muskał piasek.
- Co robisz?
- Co robisz? – powtórzył za bratem,
naśladując jego jękliwy ton. Każdy urywany oddech Konrada przyprawiał go o mdłości
i zrywy mięśni. Nic go wtedy tak nie irytowało, jak fakt konradowego istnienia.
Nieznośnego, skamlącego o śmierć - istnienia.
Tak więc wziął potężny zamach i
jednym, płynnym ruchem zdzielił bliźniaka po głowie drewnianym wiosłem. Chłopca
odrzuciło w tył, na sekundę zanurzył się w wodzie, pozostawiając w niej
niewidoczne w mroku smugi krwi. W głowie mu zahuczało, przez chwilę stracił
poczucie świadomości, ale szybko je odzyskał, odurzony zapachem tej sieczki, w
której go brat postanowił wykąpać. Chciał złapać ostrość widzenia, ale wnet
ponownie poczuł rozdzierający ból w skroni i cała kopuła ziemska zawaliła mu
się na czoło. Srebrzyste chochliki zostały zatopione przez przejmującą czerń, a
czyjeś niepokornie silne ręce wypchnęły go z pontonu prosto do wody.
Znieruchomiał na czterech nogach jak
pies, próbując otworzyć oczy i zachować równowagę. Dłonie zapadały mu się pod
mokry piach, a oślizgłe kamienie tarły skórę. Szybko przełykał potok krwi
spływający mu do gardła. Słyszał jakby za szkłem, że Pollo krzyczy coś w jego
kierunku, że w szale rozpryskują się krople, wywraca się ponton.
- Już dość – charknął Konrad z głową
zwieszoną w dół. Czuł się, jakby mu rozdarto mózg na pół i tam dopiero wbito
niezliczoną ilość drzazg. Co za syf.
- Już dość? Już dość? Podnieś się. Natychmiast
się, kurwa, podnieś!
Cios w podbrzusze sprowokował Konrada do zwinięcia się w pozycję embrionalną. Połykając na przemian wodę i powietrze,
zacisnął ręce wokół kolan i zaczął odliczać miesiące do zimy (zima była jego
ulubioną porą roku). Czuł, jak tępe pulsowanie rozchodzi mu się po ciele i
wyrywa łzy z oczu. Jeśli Pollo to zauważy, to go chyba zabije – na szczęście
było ciemno i powszechnie mokro.
Po chwili został przekręcony na
plecy i pełną parą przygwożdżony do wątpliwego dna tej piekielnej pływalni.
Zaciskając palce na niewzruszonych rękach Pollo, Konrad próbował rozluźnić jego
wściekły uścisk. Z sekundy na sekundę coraz bardziej ginął pod warstwą błota i
jedyne, o czym marzył, to żeby chociaż w ostatnim przebłysku świadomości znaleźć
się w ramionach Salomei.
Czarna
maź zmętniała, rozluźnił mięśnie. Odzyskawszy przytomność zdał sobie sprawę, że
leży twarzą do ziemi na suchym gruncie. Podtopione płuca parzyły go nieznośnie,
miał wrażenie, że zakaszle się na śmierć, wypluwając po drodze trzewia. Nadal
był obserwowany. Pollo bez pośpiechu przypatrywał się jego walce o życie,
głęboko rozczarowany.
-
Zazdroszczę ci, że nie musisz na to patrzeć – wysapał, próbując zdusić chęć
poturbowania go na śmierć. – Dlaczego dla odmiany to ty nie możesz zabić mnie?
Może ja bym chciał? Może mi się marzy, żebyś mnie ukatrupił? Żebyś mi rozpłatał
czaszkę?
-
Pollo…
-
Jestem pełen podziwu, że jeszcze mówisz. Nie pomyślałeś, że to mnie się należy
łamanie kości? To ja powinienem tarzać się w krwi, nie ty! Nie ty, pierdolony
fiucie! Kurwa nie wytrzymam z tobą. Pamiętasz tę córkę burmistrza, Laurę? Pamiętasz,
jak się stary wkurwiał, bo codziennie wchodził w gówno zostawione na
wycieraczce? Myślał, że to pies, więc zakopał go żywcem, ale gówno nie
zniknęło! Nie zniknęło! Nadal codziennie wchodził w gówno! Kurwa! – Pollo osunął
się na trawę, obłędnym wzrokiem skacząc po warkoczach wierzb. – I zaczął
podejrzewać córkę, że mu te gówno przynosi. A Jerry mówił, że ojciec nie jest w
stanie skrzywdzić dziecka. A ja byłem wtedy mały i wierzyłem mu…
Przynosiłem gówno pod drzwi, śmiejąc się w pysk losowi, aż naleziono Klarę
pociętą i martwą w mogile obok tego psa. I już nie wiedziałem, czy gorszym
świństwem będzie kontynuacja żartu, czy zaprzestanie. – Otarł z czoła zimny pot
i spojrzał na swoje ręce, jakby je widział pierwszy raz w życiu. - Ale po co ja ci to mówię. Ty mnie musisz nienawidzić. Ty mnie powinieneś złajać jak psa. Błagam, Konradzie, pozwól mi być twoim psem... Nie znam twoich tajemnic, ale wiem jedno: ty jeden z naszej dwójki powinieneś żyć i zasypiać z nią. I ty już dobrze wiesz, o czym ja mówię. Ty już wiesz. Ty potrafisz oddać serce.
- Sugerujesz mi Salome?
-
A kogo innego mogę ci sugerować? Nie tłumacz mi się. Ja wiem, jak to z nią
jest. Wiem, że każdy z nas tutaj pragnie jej, pewnie nawet Jerry, jeśli on w
ogóle ma jakieś pragnienia. Jeśli on w ogóle jest na podobieństwo człowieka…
Ale wiem też, że ona jest bardzo wybredna. Jestem pewien, że zwiedzie cię na
manowce i zostawi na pożarcie sępom, bestia. Pierzasta wiedźma. A ja… a ja nie
potrafię na nią spojrzeć bez rozdzierającej chęci skrępowania jej,
wykorzystania, wyniszczenia! I widzę gdzieś na szczycie tej góry, że każde moje
zbliżenie się do niej przyniesie mękę i strach. Dlatego odsuwam się, oniemiały,
wystawiam się na wyśmianie i oddalam się, żeby jej włos z głowy nie spadł. A ona… ona nie tylko udaje, że nie widzi tego poświęcenia, ale
jeszcze zachęca mnie, żebym wyrwał na niej swoją zemstę! Nikt mi nie wmówi, że
kobiety Szatan nie ulepił z gliny czegoś jeszcze gorszego, niż on sam.
Pollo
załadował pistolet i strzelił sobie trzy razy w prawą nogę i dwa razy w lewą, z
czego raz spudłował. Dzikie kaczki zerwały się do lotu, nawet te plastikowe wyglądały,
jakby miały żywe przerażenie w oczach. Konrad wzdrygnął się i zadrżał na całym
ciele, słysząc spazmatyczne sapanie brata. Dom waryjatów. Dom waryjatów.
Słyszał kto…?
-
Kurwa, jak to boli – wycedził przez zaciśnięte zęby Pollo, wbijając paznokcie w
ziemię. – Ty też to czujesz? Przestrzeliłem ci coś kiedyś? Jeśli nie, to nie
powinieneś mnie tak nienawidzić. To dopiero jest katorga… Patrz, ile krwi… Jasna
cholera…
-
Ciekawe, gdzie ona teraz jest.
-
Co? Mówiłeś coś?
-
Zastanawiam się, gdzie jest teraz Salome. Gdzie ona jest, kiedy nie ma jej tu z
nami.
-
Ona zawsze jest z którymś z nas – odparł bezsilnie Pollo, próbując zatamować
krwotok. Był coraz bledszy i ręce mu drżały. Nie wyglądał na kogoś, kto mógłby
znowu przystąpić do ataku, toteż Konrad trochę się rozluźnił. – Jeśli jej nie ma
ze mną, to rozmawia z tobą. Jeśli nie rozmawia z tobą, to z Frankiem, jeśli nie
z nim, to z Barbarossą, a gdyby i jego było jej mało, to jest jeszcze Jerry.
-
To wszystko racja, ale nie rzuciło ci się w oczy, że czasami nie jest ani ze
mną, ani z tobą, ani z Frankiem, ani z Barbarossą, ani z Jerrym? Czasami jej tu
wcale nie ma, ale przecież gdzieś być musi…
-
Hm? Nie, tego nie zarejestrowałem. Dziwne i chyba niemożliwe. Możemy to
sprawdzić, jeśli chcesz. Oczywiście, kiedy znowu zacznę chodzić.
-
Daj mi zerknąć na te rany…
Dzień
powoli zawitał na Elizejskie Pola. Czyste światło dnia ukazało ślady nocnych
potyczek, zalało lasy i sady, uspokoiło burze i przyniosło oddech śpiącym i nieżyjącym. W
tym zbawczym początku nowego końca człapałem sobie już zrelaksowany i w
szlafroku, przemierzając niewielką kuchnię wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu
filiżanki. Woda w czajniku zaczynała bulgotać, zakurzony gramofon spokojnie wydobywał z siebie zgłębione, sączące się jak dym Czerwone maki na Monte Cassino.
-
Przejdą lata i wieki przeminą - nuciłem z cicho,
doprawiając jajka solą. - Pozostaną ślady dawnych dni...
Miałem w sobie pewien niesmak po wczorajszym dniu, wszystko z powodu nieplanowanej wizyty mojego starszego brata Stanisława (martwi się o mnie, bo uważa, że powinienem się w tym wieku już ustatkować, otrząsnąć, spłodzić drzewo, posadzić syna i tak dalej…). Przyjechał do mnie późnym popołudniem – akurat gdy zabierałem się za czytanie starych listów. Nie miałem za bardzo wyjścia, musiałem go przyjąć, chociaż nigdy szczególnie się nie lubiliśmy. Kiedy po wojnie wróciłem do kraju z Ameryki, Stanisław przyjął mnie bardzo chłodno, z trwogą prezentując mi kikut oderwanego ramienia...
On był jednym z tych, którzy bez zastanowienia zaciągnęli się do ochotniczej armii. Uważał to za swój obowiązek, za co ogromnie go szanuję, bo czuję, że powinienem, ale czasami ciężko mi go zrozumieć. Mnie wojna napawała odrazą. Ja sobie nie mogłem wyobrazić, że to tak można po prostu zabijać się na ulicach, na stepach, za granicami, na frontach, w domach. Nie lubiłem za bardzo patrzeć na młodych ludzi, którzy z zapałem i oddaniem śpiewali niegdyś Pieśń Legionów Polskich we Włoszech i szli na zatracenie.
Wojna zaskoczyła moją młodość. Akurat w latach, w których najbardziej chciałem się kochać ze światem, on spływał krwią i to było bardzo przykre. Zanim na dobre wybuchło w Polsce piekło, ja już siedziałem w Nowym Jorku u mojej dalekiej kuzynki Adeli. Patrzyłem w rozgwieżdżone nowojorskie niebo i liczyłem, że jeśli karabinierzy (tak ich nazywała Adela) też zobaczą te niebo i pojmą, że gwiazdy niejedną już rzeź widziały, to usiądą na rozległych pastwiskach i dobitnie zda im się, że nie chcą ginąć, że im też się chce kochać w tych latach.
Tymczasem historia potoczyła się inaczej i do Polski wróciłem kilka lat po śmierci Hitlera (może to był 1954 rok? Może nawet później?). Nie chciałem zostawiać Ameryki, bo tam mogłem pić tyle Coca-Coli, tam mogłem jeść pomarańcze, nawet zacząłem malować. I jestem już bardzo zmieniony. Staram się przystosować do nowych realiów. Nie pamiętam nic z tych zburzonych miast, które mijałem w drodze do Krakowa. Siedzę w moim mieszkaniu, w starej kamienicy, kobiety rozwieszają pranie, piekarze pieczą chleb, mężczyźni kupują prasę. Zamykam się na poddaszu i wsłuchuję w śpiew ptaków. Z nieba przestały sypać się popioły, a moje serce jest spokojne, bo ja za ścianą śpi Salome, której nie trafił żaden pocisk.
Stanisław. Trzeba mi o nim powiedzieć jeszcze. Moja sąsiadka (mała Matylda, pocieszna dziewczynka, ale niekiedy zbyt energiczna) od razu zdążyła zawiadomić go, nawet to, że owszem – jestem w mieszkaniu – i że zapewne z przyjemnością się z nim zobaczę. I faktycznie w jakiś sposób rozbudził mój sentyment, nie omieszkał jednak dać mi do zrozumienia, że w jego oczach jestem nadal tchórzem. I tak mi to jakoś ścisnęło serce... Nie ten zarzut, bo to może i zrozumiałe, że tak myśli. Ale jego gorzki wzrok, kiedy mnie ujrzał w progu, żeby przekazać wiadomość o tym, że ojciec nasz najprawdopodobniej leży w jakiejś wspólnej mogile w Irkucku, a matka zapewne została wywieziona dalej i o niej już zupełnie nic nie wiedzą (żałobę przeszedłem już dawno temu, teraz tylko i życzyłem im spokoju. Czy tam szczęśliwości w życiu wiecznym, jeśli chcą).
Zrobiło mi się spokojnie.
Stanisław oznajmił, że będzie w Krakowie jeszcze przez kilka dni. Poprosiłem, żeby mnie odwiedził, chociaż było mi głupio. Chciałem mu powiedzieć, że nie przestałem się cieszyć, że żyje, ale on się chyba nie cieszył za bardzo, więc odpuściłem.
Miałem już zasiąść do śniadania, kiedy usłyszałam dobijanie się do drzwi. Trochę nie w sosie, że mi tak przerwano biesiadę, zbliżyłem się do judasza i, wzdychając, przekręciłem klucz.
Miałem w sobie pewien niesmak po wczorajszym dniu, wszystko z powodu nieplanowanej wizyty mojego starszego brata Stanisława (martwi się o mnie, bo uważa, że powinienem się w tym wieku już ustatkować, otrząsnąć, spłodzić drzewo, posadzić syna i tak dalej…). Przyjechał do mnie późnym popołudniem – akurat gdy zabierałem się za czytanie starych listów. Nie miałem za bardzo wyjścia, musiałem go przyjąć, chociaż nigdy szczególnie się nie lubiliśmy. Kiedy po wojnie wróciłem do kraju z Ameryki, Stanisław przyjął mnie bardzo chłodno, z trwogą prezentując mi kikut oderwanego ramienia...
On był jednym z tych, którzy bez zastanowienia zaciągnęli się do ochotniczej armii. Uważał to za swój obowiązek, za co ogromnie go szanuję, bo czuję, że powinienem, ale czasami ciężko mi go zrozumieć. Mnie wojna napawała odrazą. Ja sobie nie mogłem wyobrazić, że to tak można po prostu zabijać się na ulicach, na stepach, za granicami, na frontach, w domach. Nie lubiłem za bardzo patrzeć na młodych ludzi, którzy z zapałem i oddaniem śpiewali niegdyś Pieśń Legionów Polskich we Włoszech i szli na zatracenie.
Wojna zaskoczyła moją młodość. Akurat w latach, w których najbardziej chciałem się kochać ze światem, on spływał krwią i to było bardzo przykre. Zanim na dobre wybuchło w Polsce piekło, ja już siedziałem w Nowym Jorku u mojej dalekiej kuzynki Adeli. Patrzyłem w rozgwieżdżone nowojorskie niebo i liczyłem, że jeśli karabinierzy (tak ich nazywała Adela) też zobaczą te niebo i pojmą, że gwiazdy niejedną już rzeź widziały, to usiądą na rozległych pastwiskach i dobitnie zda im się, że nie chcą ginąć, że im też się chce kochać w tych latach.
Tymczasem historia potoczyła się inaczej i do Polski wróciłem kilka lat po śmierci Hitlera (może to był 1954 rok? Może nawet później?). Nie chciałem zostawiać Ameryki, bo tam mogłem pić tyle Coca-Coli, tam mogłem jeść pomarańcze, nawet zacząłem malować. I jestem już bardzo zmieniony. Staram się przystosować do nowych realiów. Nie pamiętam nic z tych zburzonych miast, które mijałem w drodze do Krakowa. Siedzę w moim mieszkaniu, w starej kamienicy, kobiety rozwieszają pranie, piekarze pieczą chleb, mężczyźni kupują prasę. Zamykam się na poddaszu i wsłuchuję w śpiew ptaków. Z nieba przestały sypać się popioły, a moje serce jest spokojne, bo ja za ścianą śpi Salome, której nie trafił żaden pocisk.
Stanisław. Trzeba mi o nim powiedzieć jeszcze. Moja sąsiadka (mała Matylda, pocieszna dziewczynka, ale niekiedy zbyt energiczna) od razu zdążyła zawiadomić go, nawet to, że owszem – jestem w mieszkaniu – i że zapewne z przyjemnością się z nim zobaczę. I faktycznie w jakiś sposób rozbudził mój sentyment, nie omieszkał jednak dać mi do zrozumienia, że w jego oczach jestem nadal tchórzem. I tak mi to jakoś ścisnęło serce... Nie ten zarzut, bo to może i zrozumiałe, że tak myśli. Ale jego gorzki wzrok, kiedy mnie ujrzał w progu, żeby przekazać wiadomość o tym, że ojciec nasz najprawdopodobniej leży w jakiejś wspólnej mogile w Irkucku, a matka zapewne została wywieziona dalej i o niej już zupełnie nic nie wiedzą (żałobę przeszedłem już dawno temu, teraz tylko i życzyłem im spokoju. Czy tam szczęśliwości w życiu wiecznym, jeśli chcą).
Zrobiło mi się spokojnie.
Stanisław oznajmił, że będzie w Krakowie jeszcze przez kilka dni. Poprosiłem, żeby mnie odwiedził, chociaż było mi głupio. Chciałem mu powiedzieć, że nie przestałem się cieszyć, że żyje, ale on się chyba nie cieszył za bardzo, więc odpuściłem.
Miałem już zasiąść do śniadania, kiedy usłyszałam dobijanie się do drzwi. Trochę nie w sosie, że mi tak przerwano biesiadę, zbliżyłem się do judasza i, wzdychając, przekręciłem klucz.
- Frank! Nie truję ci głowy? – spytało mnie stworzenie stojące naprzeciw mnie, uśmiechnięte od ucha do ucha, uradowane jak
chyba jeszcze nigdy. To była właśnie mała Matylda, bardzo niebrzydka
przepióreczka, która mieszkała z babcią vis a vis mnie. Zapomniałem chyba jeszcze wspomnieć, że chociaż dzieli nas sporo lat różnicy, ten urokliwy potworek zwykł mówić do mnie po imieniu. A ja, nie wiem dlaczego, nigdy nie siliłem się wyprowadzić ją z błędu.
-
Właśnie miałem zjeść śniadanie.
- Mam przyjść później?
-
Skoro już się tu pofatygowałaś, to wyjaśnij mi, o co chodzi.
- Jak ci powiem, to padniesz. Zdałam! Zda-łam!
-
Gratuluję.
-
To wszystko dzięki tobie, Frank. Ty mnie nauczyłeś...
-
Ja tylko wskazałem ci właściwą drogę. – Kurwa, już tak mi się chciało jeść. Już byłem taki głodny...
- Bez ciebie siedziałabym z tymi gówniakami kolejny rok i pewnie bym wylądowała w jakimś psychiatryku, lub czymś gorszym... - Istnieją gorsze miejsca, Matyldziu, możesz mi wierzyć - Ale boję się jednego.
- Czego?
- Że skoro już jest po egzaminach... Skoro już nie muszę więcej się uczyć, to...
- Bzdura. Teraz powinnaś uczyć się najwięcej, moja droga.
- Tak, ale po prostu... że mnie już z tobą nic nie będzie łączyć i...
- Matyldziu...
- Wiesz, o czym mówię! - Nagle jakiś niewymowny żal zawitał w jej oczach, pokryły się taflą szkła i za chwilę jakby miały pęknąć w wodospadzie gorzkich łez. Nie mogłem do tego dopuścić chociażby przez fakt, że w podobny sposób rozpacz wstrzymywała moja najulubieńsza, moja najukochańsza Sali. - Ja się boję, że już tylko na klatce schodowej będziemy się mijać i tylko dzień dobry ci powiem i tyle. O... a co to za zapach? Ty coś smażysz, hę?
- Czego?
- Że skoro już jest po egzaminach... Skoro już nie muszę więcej się uczyć, to...
- Bzdura. Teraz powinnaś uczyć się najwięcej, moja droga.
- Tak, ale po prostu... że mnie już z tobą nic nie będzie łączyć i...
- Matyldziu...
- Wiesz, o czym mówię! - Nagle jakiś niewymowny żal zawitał w jej oczach, pokryły się taflą szkła i za chwilę jakby miały pęknąć w wodospadzie gorzkich łez. Nie mogłem do tego dopuścić chociażby przez fakt, że w podobny sposób rozpacz wstrzymywała moja najulubieńsza, moja najukochańsza Sali. - Ja się boję, że już tylko na klatce schodowej będziemy się mijać i tylko dzień dobry ci powiem i tyle. O... a co to za zapach? Ty coś smażysz, hę?
-
Moja jajecznica… - Rzuciłem się pędem do kuchni, żeby ratować swój posiłek. Matylda jeszcze coś krzyczała za mną, ale mam nadzieję, że nie wymagała
odpowiedzi, bo chyba bym skonał. Dorwałem się do patelni, załagodziłem
sytuację.
- Matyldziu, to nie najlepszy moment na takie rozmowy. Przyjdź proszę kiedy indziej, a teraz biegnij do babci, bo się pewnie martwi - powiedziałem pierwsze, co mi przyszło do głowy, bo mała weszła do mieszkania za mną i patrzyła, chichocząc, jak się targam z garami. Śmiechu warte, no naprawdę. - Na pewno jej nie mówiłaś, że idziesz do mnie.
- Moja babcia już się o nic nie martwi - odparła dziewczynka, a mnie jakoś zmroziło pod wpływem tych słów. Może mi one za mocno powiały kinem grozy. - Czy ja mogę zostać trochę u ciebie? Poczytać może?
- Chcesz czytać? - Dziwne, zawsze musiałem ją przekupywać jakimiś smakołykami, żeby zechciała zwrócić uwagę na książkę. Błysnął mi w oddali jakiś płomyk nadziei, że może tę młodzież, zepsutą i feralną, da się jeszcze wychować na ludzi światłych. - A co byś chciała, Matyldziu?
- Och, Frank, chociażby Nad Niemnem! - zawołała, a mnie się coś nowego wykluło w środku.
- Moja babcia już się o nic nie martwi - odparła dziewczynka, a mnie jakoś zmroziło pod wpływem tych słów. Może mi one za mocno powiały kinem grozy. - Czy ja mogę zostać trochę u ciebie? Poczytać może?
- Chcesz czytać? - Dziwne, zawsze musiałem ją przekupywać jakimiś smakołykami, żeby zechciała zwrócić uwagę na książkę. Błysnął mi w oddali jakiś płomyk nadziei, że może tę młodzież, zepsutą i feralną, da się jeszcze wychować na ludzi światłych. - A co byś chciała, Matyldziu?
- Och, Frank, chociażby Nad Niemnem! - zawołała, a mnie się coś nowego wykluło w środku.

Komentarze
Prześlij komentarz